- O co chodzi? Czy coś się stało?
- Dzisiaj odwiedzisz, a raczej odwiedzimy Lucy i Paula. - nie był tym zachwycony.
Zastanowiłam się dlaczego. Ostatnio odniosłam wrażenie, że ich polubił. Ja za to byłam zdziwiona. Nie myślałam, że tak szybko się to stanie, a ja nie zostanę wcześniej uprzedzona. Powinni mi o tym powiedzieć co najmniej wczoraj.
- Naprawdę?
- Tak. Rozumiem, że się cieszysz, ale to nie będzie spotkanie na jakie liczysz. Raczej informacyjne. Będziemy musieli powiedzieć im o wszystkim, co się do tej pory wydarzyło, włącznie z ucieczką hrabiego.
Mój entuzjazm nieco przygasł.
- To nie będzie łatwe zadanie. - westchnęłam.
Już widziałam reakcję Lucy i Paula.
- Ani przyjemne. - dorzucił Gideon. - Na pewno się wkurzą takim rozwojem wydarzeń.
- To zrozumiałe. - wtrąciłam.
- Nie przeczę. I oczywiście obiektem ich zarzutów będę ja, tak, jakbym miał jakikolwiek wpływ na sposób przetrzymywania hrabiego. Zawsze muszę wszystko załatwiać.
- A czego się spodziewałeś? - prychnęłam.
Było wyjątkowo mało osób, które mogły przenieść się do przeszłości i zrobić to za niego.
- Od początku wiedziałem, że nas wyślą z tą straceńczą misją. - odpowiedział wymijająco. - Sama też byś sobie poradziła. Na ciebie na pewno nie byliby tacy wkurzeni.
Otworzył przede mną drzwi samochodu.
Wchodząc do środka nieomal uderzyłam się w głowę, słysząc jego słowa. W ostatniej chwili zdążyłam się uchylić. Do spotkania w 1912 roku na pewno zdążyłby mi urosnąć guz wielkości piłeczki od tenisa. No dobra, przesadziłam.
Poczekałam, aż Gideon usiądzie naprzeciwko.
- Powinieneś ponieść konsekwencje. - warknęłam wściekła.
- Już nie przesadzaj. Nie ja odpowiadałem za zamknięcie Whitmana. Ciesz się, że w ogóle go zamknęli bo patrząc przez pryzmat tej bajeczki, którą im opowiedzieliśmy, nie mieli powodów, by to zrobić. W końcu żyjemy w kraju, w którym każdy ma prawo do wolności i nie można nikogo od tak zamykać.
Zastanowiłam się. Gideon miał rację. No bo co takiego ten Whitman zrobił w naszej opowieści? Zamknął Strażników w piwnicy, ale to było wiadomo i bez naszej pomocy. Aaa, i jeszcze chciał nas pozabijać ale to akurat szczegół bo chcieć zrobić a zrobić to trochę różne rzeczy. Strażnicy cały czas powtarzali, że ostatecznie by się na to nie zdobył. Naprawdę w to wierzyli, a doktor White tylko ich w tym utwierdzał, chociaż wiedział jak było naprawdę.
Westchnęłam i popatrzyłam na Gideona.
- Przepraszam. Nie powinnam tak na ciebie naskakiwać, ale jestem ostatnio strasznie zdenerwowana tą całą sytuacją. I jeszcze ta wizyta u Lucy i Paula... To nie twoja wina. - powiedziałam skruszona.
Omal nie powiedziałam mu o wizji cioci Maddy.
- Rozumiem, że jesteś zdenerwowana. Ja też jestem, ale nie wrzeszczę na ciebie i nie oskarżam cię na każdym kroku o coś, czemu nie jesteś winna, bo nie miałaś na to wpływu. - odparł i spojrzał na mnie z wyrzutem.
Wytrzymałam jego spojrzenie. Był naprawdę urażony.
- Masz rację. Przepraszam. - powtórzyłam.
Właśnie podjechaliśmy pod Kwaterę Główną. Wysiadłam i zaczerpnęłam świeżego powietrza. O, tak, tego mi było trzeba po całym dniu spędzonym w szkole pełnej woni potu, perfum i nauki. Od razu się lepiej poczułam. Ostatnio non stop potrzebowałam orzeźwienia.
- No już się tak nie dąsaj. - powiedziałam do Gideona i złapałam go za rękę.
- Och, Gwenny. Gwenny. - westchnął, objął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy.
Ruszyliśmy w stronę drzwi. Pan George wyszedł nam na spotkanie z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Nie był to jednak szczery uśmiech, bardziej sztuczny i wymuszony. Widocznie pan George bal się, że nie zgodziłam się na spotkanie z Lucy i Paulem. Nie wiem, jak w ogóle mógł tak myśleć.
Wiadomość, że Lucy
i Paul są moimi rodzicami wstrząsnęła moim światem. Czułam się zagubiona, nie
rozumiejąc, dlaczego mnie zostawili i uciekli. Jednak z czasem, gdy zrozumiałam,
dlaczego to zrobili, wybaczyłam im. Nie kochałam ich jak przybranych rodziców,
czyli Grace i Nicholasa, ale zdołali już zaskarbić sobie moją sympatię. Od
początku, gdy dowiedziałam się, że ukradli chronograf nie wierzyłam, że mogą być
źli i groźni. Uważałam, że mieli poważne powody, by to zrobić. Może był to
rodzaj niewidocznej więzi emocjonalnej
może po prostu miałam za dużą wiarę w ludzi. Ale miałam rację. Lucy i Paul
znali prawdziwe zamiary hrabiego i chcieli mnie uratować. Jak to rodzice, bardzo
mnie kochali i trudno przyszło im mnie zostawić. Oddali mnie w opiekę mamie i
tacie ( wciąż trudno mi myśleć o nich inaczej niż jak o rodzicach, tym bardziej,
że w rzeczywistości Grace jest moją cioteczną babką ), gdyż mieli do nich
bezgraniczne zaufanie. Za to ci od razu mnie pokochali – jak wynika z opowiadać
mamy – i strzegli mnie jak oka w głowie. Wszystko, co zrobili, nawet kłamstwa,
były po to, żebym była bezpieczna. Dlatego pragnęłam lepiej poznać biologicznych
rodziców, a poza tym lubiłam spędzać z nimi czas, mimo, że widziałam się z nimi
dopiero dwa razy.
- I jak,
Gwendolyn, zgadzasz się? - usłyszałam głos pana Georga.
- Jasne. -
odparłam lekko.
- No to kamień z
serca.
Drzwi do Kwatery
otworzyły się i podniosłam głowę, żeby zobaczyć, kto idzie. Ujrzałam doktora
White’a, uśmiechającego się do mnie serdecznie. Kiedyś myślałam, że jesteśmy
wrogami, ale teraz zmieniłam zdanie. Od zamknięcia kręgu krwi i wyjaśnienia
pozostałym, że hrabia de Saint Germain był zdrajcą, nie odbyliśmy poważnej
rozmowy a chciałam z nim wyjaśnić jak doszedł do prawdy. Niestety, nie miałam
ostatnio czasu na taką poważną rozmowę, ale wiedziałam już, co zrobię.
- Dzień dobry. -
rzekłam i dodałam. - Kiedy mam stawić się u pana na badaniach kontrolnych?
- Jakich bad… -
zaczął zdziwiony ale posłałam mu ostrzegawcze spojrzenie. Najwyraźniej zrozumiał,
bo prędko dorzucił. - A, to. Ile razy mam ci powtarza, że nie są to badania, tylko
zwykłe szczepienie?
- Szczepienie. -
powtórzyłam. Nie chciałam nas wydać i pokiwałam głową. Widocznie doktor White miał
już coś na myśli w razie, gdyby ktoś zaczął wypytywać o co chodzi. - Pomyliło mi się. No to
kiedy?
- Hmmm…. Może jutro?
- Jasne.
Zza doktora White’a
wyjrzał jego syn, Robert. Robert był duchem i to dość małym. Utopił się w
basenie w wieku ośmiu lat. Jego dusza nie poszła tam, gdzie idzie większość
dusz po rozłączeniu z ciałem w wyniku śmierci, lecz pozostał tu, na ziemi by
towarzyszyć swojemu ojcu. Doktor White nie miał zielonego pojęcia o istnieniu
Roberta-ducha, a ja nie chciałam póki co mu o tym wspominać. I tak miałam w
bród zmartwień na głowie.
- Cześć. - powiedział, nie było wątpliwości, że do mnie.
Niestety, nie chciałam,
by wzięli mnie za idiotkę dlatego tylko się do niego uśmiechnęłam. Wiedziałam,
że się nie obrazi, bo mnie rozumiał.
- Jakie
szczepienie? - spytał pan George.
Tak jak
przypuszczałam ktoś musiał się zaciekawić, zwłaszcza, że nie było potrzeby ich
robić, bo dopiero co zostałam zaszczepiona na chyba wszystkie choroby świata. I
tak jak myślałam doktor White miał już wytłumaczenie.
- Przeciw dżumie. -
odparł.
- Po co? Dopiero,
co była szczepiona.
- Szczepionki nie
działają wiecznie.
- Ale przecież Gwendolyn
nie potrzebuje szczepienia, bo nie przebywa w wieku, w którym szalała dżuma. Z
tego, co wiem teraz jest rzadkością, zwłaszcza w cywilizowanych krajach a już
na pewno w zamkniętej piwnicy.
- Pełnej szczurów? - prychnął doktor White. - Nie byłbym tego taki pewny. Gwendolyn przyszła do
mnie z prośbą o usunięcie ryzyka zarażenia się dżumą, gdyż w piwnicy jest dużo
szczurów. Lepiej dmuchać na zimne.
- Może i masz rację. Pamiętam doskonale gdy wszedłem razem z Lucasem Montrose do archiwum pewnej nocy, tuż po tym jak... chronograf zniknął. Mieliśmy wówczas przenieść drugi chronograf do archiwum, żeby był bezpieczny i nie narażony na kolejną kradzież, w końcu Gideon był wówczas bardzo mały a oczekiwaliśmy Rubinu. Gdy tylko przekroczyłem próg i zaświeciłem latarkę, usłyszałem pisk i zobaczyłem jak gromadka szczurów ucieka do dziury w ścianie, zbyt małej by można było wsadzić tam rękę. I tak wolałbym tego nie robić, jeszcze jeden z nich mógłby mnie nadgryźć.
Gideon przysłuchiwał się tej rozmowie i gdy pan George kończył swój wykład, spojrzał na mnie wymownie. Doskonale wiedział, że w piwnicy na elapsji jeszcze nigdy nie spotkaliśmy szczura, nawet martwego i chciał wiedzieć, co knuję. Już miał coś powiedzieć do doktora White'a i pana George'a, gdy zamknęłam mu usta.
- Później ci wyjaśnię. - szepnęłam najciszej jak mogłam, żeby tylko pan George mnie nie usłyszał, bo znowu zaczęłaby się dyskusja.
- Ale czego my nic nie wiemy? Czy to nie my powinniśmy decydować kiedy Gwendolyn zostanie zaszczepiona? - oburzył się pan George.
Najwidoczniej to nie był jeszcze koniec dyskusji.
- To ja tu jestem lekarzem i to ja tu decyduję o takich rzeczach, zapomniałeś Thomas? Wy to możecie sobie ewentualnie decydować o tym, czy podać komuś witaminę C czy Rutinoscorbin. - odpowiedział zniecierpliwiony doktor White. - Nie rób afery Thomas. Pośpieszcie się, bo zmarnowaliśmy już i tak za dużo czasu na głupie gadki.
Odwrócił się i wszedł do budynku. Zrobił to tak nagle, że mały Robert nie zdążył zareagować i nie przesunął nogi. Doktor White nadepnął mu na stopę. Oczywiście ani doktor ani Robert nic nie poczuli ale duch i tak posłał mi smutne spojrzenie i ruszył za nieświadomym ojcem.
- Może i masz rację. Pamiętam doskonale gdy wszedłem razem z Lucasem Montrose do archiwum pewnej nocy, tuż po tym jak... chronograf zniknął. Mieliśmy wówczas przenieść drugi chronograf do archiwum, żeby był bezpieczny i nie narażony na kolejną kradzież, w końcu Gideon był wówczas bardzo mały a oczekiwaliśmy Rubinu. Gdy tylko przekroczyłem próg i zaświeciłem latarkę, usłyszałem pisk i zobaczyłem jak gromadka szczurów ucieka do dziury w ścianie, zbyt małej by można było wsadzić tam rękę. I tak wolałbym tego nie robić, jeszcze jeden z nich mógłby mnie nadgryźć.
Gideon przysłuchiwał się tej rozmowie i gdy pan George kończył swój wykład, spojrzał na mnie wymownie. Doskonale wiedział, że w piwnicy na elapsji jeszcze nigdy nie spotkaliśmy szczura, nawet martwego i chciał wiedzieć, co knuję. Już miał coś powiedzieć do doktora White'a i pana George'a, gdy zamknęłam mu usta.
- Później ci wyjaśnię. - szepnęłam najciszej jak mogłam, żeby tylko pan George mnie nie usłyszał, bo znowu zaczęłaby się dyskusja.
- Ale czego my nic nie wiemy? Czy to nie my powinniśmy decydować kiedy Gwendolyn zostanie zaszczepiona? - oburzył się pan George.
Najwidoczniej to nie był jeszcze koniec dyskusji.
- To ja tu jestem lekarzem i to ja tu decyduję o takich rzeczach, zapomniałeś Thomas? Wy to możecie sobie ewentualnie decydować o tym, czy podać komuś witaminę C czy Rutinoscorbin. - odpowiedział zniecierpliwiony doktor White. - Nie rób afery Thomas. Pośpieszcie się, bo zmarnowaliśmy już i tak za dużo czasu na głupie gadki.
Odwrócił się i wszedł do budynku. Zrobił to tak nagle, że mały Robert nie zdążył zareagować i nie przesunął nogi. Doktor White nadepnął mu na stopę. Oczywiście ani doktor ani Robert nic nie poczuli ale duch i tak posłał mi smutne spojrzenie i ruszył za nieświadomym ojcem.
,, - No już się tak nie dąsaj. - powiedziałam do Gideona i złapałam go za rękę.
OdpowiedzUsuń- Och, Gwenny. Gwenny. - westchnął, objął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy."
Najfajniejszy moment opowiadania oby więcej takich momentów.
Czekam na następny
Pozdrawiam:)
Na bloga natrafiłam 15 minut temu, zdążyłam już wszystko pochłonąć ;D
OdpowiedzUsuńFajnie, że prowadzisz takiego bloga - po przeczytaniu 3 części zdecydowanie mi czegoś jakby brakowało, parę kwestii zostało niewyjaśnionych. Poza tym, podoba mi się Twój styl pisania :)
Na pewno wpadnę tu jeszcze wiele razy, życzę weny! ;)
Dodaj jeszcze parę scen z Gideonem oki? ;)
OdpowiedzUsuńKiedy następnee?
OdpowiedzUsuńJuż się wakacje kończą a ty obiecałaś że do końca sierpnia skończysz opowiadanie. Więc kiedy kolejna notatka?
OdpowiedzUsuńŚwietne,świetne,świetne :3
OdpowiedzUsuńUwielbiam tego bloga <33333333
Kiedy kolejny rozdział ? ?
-.- Ania -.-
Czy mogłabyś dodać kolejną notatkę? Albo przynajmniej podać termin okazania sie jej? Już tak długo nie piszesz że mam wrażenie że nie dodasz juz więcej notatek, a przecież obiecałaś skończyć opowiadanie w sierpniu. Mamy wrzesień a tu nadal nic! :( Proszę dodaj kolejną część opowiadania
OdpowiedzUsuńCzy na tym blogu będą pojawiać się jeszcze wpisy bo trochę długo już ich nie ma i nie wiem czy warto tu w ogóle jeszcze zaglądać:(
OdpowiedzUsuńPrzepraszam wszystkich w imieniu administratorki. Oczywiście warto tu wchodzić, ale wynikły pewne problemy w wyniku których od dziś przez czas nieokreślony to ja będę tu zamieszczać notki. To nie będzie moja wersja tej historii, po prostu administratorka przekazała mi swoje notatki i ja będę je zamieszczać, mam nadzieję, że sumiennie i często. :d
UsuńŚwietny rozdział :) Mam nadzieję, że Lucy i Paul będą w miarę łagodni dla Gideona ;)
OdpowiedzUsuńSerdzecznie zapraszam do siebie na non-clamabit.blogspot.com
Kiedy nowy rozdział ?
OdpowiedzUsuń-.-Ania-.-
Ile można czekać??????????????
OdpowiedzUsuńTo już prawie 4 miesiące jak nic nie jest umieszczane. Czy ktoś w ogóle jeszcze pisz tego bloga????????????????????????? Tu jest super, tylko kiedy w końcu będzie dalsze? Chyba, że już nikt tego nie pisze.................
kiedy nowy rozdział ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ? ?
OdpowiedzUsuń