Drzwi otworzył nam Millhouse, co mnie kompletnie nie zdziwiło. Nieskazitelna biel jego rękawiczek i koszuli raziła w oczy.
- Dzień dobry. - odezwał się Gideon z uśmiechem.
-
Zaanonsować lady Tilney? - zapytał Millhouse i od razu dodał. - Czy
pani Montrose i pan de Villiers mają państwu towarzyszyć? Proszę udać
się do salonu na piętrze.
I odszedł. Najwyraźniej jego pytania miały być retoryczne.
Gdy znaleźliśmy się w salonie, od razu opadłam na pierwsze z brzegu krzesło. Ledwo to zrobiłam a do pokoju weszli gospodarze i musiałam się podnieść z miejsca.
- Dzień dobry. - przywitał się uprzejmie Gideon.
Ja natomiast stałam jak słup soli.
- Dzień dobry. - odpowiedziała lady Tilney.
Gideon rzucił mi spojrzenie mówiące, żebym się ogarnęła z łaski swojej, a ja zrobiłam minę świadczącą o tym, że cały czas nie próbuję nic innego.
- Cześć. - wydusiłam niezbyt kulturalnie i zaczęłam się zastanawiać czy na początku XX wieku używało się już tego zwrotu.
Lucy i Paul uśmiechnęli się do mnie, jakbym była ostatnią żyjącą idiotką na tym świecie. W ich postawie dało się wyczuć, że chcą podejść do mnie, powiedzieć coś od serca, że tęsknili i martwili się o mnie, ale bali się mojej reakcji. I nie byli w tym osamotnieni; Gideon podszedł trochę bliżej i złapał mnie za dłoń. Był to ogromnie dodający otuchy gest. Wszystko trwało może dwadzieścia sekund, ale dla mnie minęła cała wieczność i byłam już właściwie gotowa na powrót do teraźniejszości.
- A więc, nie będę ukrywał, że nie jesteśmy tu w celach towarzyskich. - zaczął spokojnie Gideon.
Paul i Lucy spojrzeli po sobie.
- Domyślam się. - powiedział Paul.
- Usiądziecie? - zaproponowała lady Tilney. - Czego się napijecie: kawy czy herbaty?
- Tak jak powiedziałem, lady Tilney, nie jesteśmy tu po to, żeby się napić herbaty. - westchnął Gideon.
- Ja z chęcią bym się napiła herbaty. - wtrąciłam pośpiesznie.
- Och, oczywiście. Z mlekiem?
- Oczywiście.
I już jej nie było. Właściwie to myślałam, że zleci zrobienie herbaty służbie. Możliwe, że wyczuła na co się zanosi i nie chciała w tym uczestniczyć.
- No to opowiadajcie. Jak wam poszło?
- Wszystko się udało? Mam rację? - zapytała z nadzieją Lucy, aż nie chciałam odbierać jej tej nadziei.
- Początkowo tak właśnie myśleliśmy. Powróciłem do 2011 roku bez problemów. Hrabia i Gwen już na mnie czekali. Swoją drogą to jednak osoba z Kręgu Wewnętrznego okazała się być hrabim. Whitman.
- To przecież nauczyciel Gwen, prawda? - zauważyła Lucy.
Postanowiłam się włączyć do rozmowy, żeby Gideon nie przemilczał ważnych kwestii.
- Tak, to był mój nauczyciel i wypadałoby zaznaczyć, że próbował...
- Gwendolyn, naprawdę nie mamy czasu na szczegóły. - przerwał mi Gideon.
Co on chrzanił? Przecież mieliśmy w cholerę czasu.
Zamknęłam usta i spuściłam wzrok. Widocznie znów przypadała mi rola potakującej.
- Jak się potem okazało, antidotum zadziałało - mówił chyba o kamieniu filozoficznym. - Uwięziliśmy hrabiego, Strażnikom wcisnęliśmy historyjkę i wydawało się, że to koniec naszych kłopotów.
Kwestię doktora White'a chyba też uważał za szczegół.
- Ale po kilku dniach hrabia uciekł.
Zapadła cisza. Weszła lady Tilney z herbatą i miną świadczącą o tym, że słyszała każde słowo. Sięgnęłam po szklankę i upiłam kilka łyków.
- Jak to, uciekł? - krzyknął Paul, jakby dopiero teraz dotarło do niego co powiedział Gideon.
- No cóż, muszę się przyznać do błędu Strażników. N ie zadbaliśmy wystarczająco o zamknięcie hrabiego.
- Ale zaraz, zaraz. Przecież on nic nie może zrobić Gwendolyn. - uśmiechnęła się lady Tilney.
- Nie bezpośrednio. - szepnął Gideon.
- Szantażował mnie. - zaczęłam. - Zanim Gideon powrócił do 2011 roku groził mi, że do zabije, jak się nie zabiję. A jeśli to nie pomoże to pozabija wszystkich moich bliskich, a wtedy już na pewno popełnię samobójstwo, a on będzie mógł żyć wiecznie.
- Co za sukinsyn. - mruknął Paul, głos mu zadrżał i złapał się za głowę. - Co my teraz zrobimy? Tyle wysiłku i starań na nic.
- Gideonie, liczyliśmy na ciebie. - wyszeptała Lucy bliska płaczu.
Spojrzałam na Gideona. Spuścił głowę i wpatrywał się w swoje dłonie. Pamiętałam jeszcze, jak to ja na niego naskoczyłam za niedopilnowanie hrabiego. Teraz role się odwróciły i to ja ściskałam jego dłoń w pocieszającym geście. Niesprawiedliwie był oskarżany przez Lucy więc wzięłam jego stronę.
- Ależ to nie wina Gideona. Zrobił wszystko co było w jego mocy.
Tyle, że Gideon już chyba sam stracił w to wiarę.
- Nie wydaje mi się. Mógł wziąć sprawy we własne ręce, a nie pozwalać Strażnikom na zajęcie się hrabim. Jedyne, co oni potrafią robić to wielbić hrabiego i krytykować wszystkich innych.
- Nie mówcie o Gideonie tak, jakby go tu nie było. - rzuciła lady Tilney.
- Gwendolyn ma rację. - wtrącił Paul. - To nie twoja wina Gideonie, przynajmniej nie całkiem.
- Szukanie winnego nic tu nie da. - stwierdziła moja przodkini. - Po za tym kto mógł przewidzieć, ze hrabia spróbuje uciec?
- Kiedy to się stało? Strażnicy robią coś w tej sprawie?
Czułam, że przejęłam pałeczkę od Gideona.
- Tak wysłali już wielu adeptów w pościg.
- Mama nadzieję, ze znajdą go tak szybko jak im uciekł. - prychnęła Lucy. - I że przyłożą się do tego bardziej niż do pilnowania go.
Ostatnie zdanie było ewidentnie skierowane do Gideona, zwłaszcza, że wzrok Lucy spoczywał właśnie na nim. Gideon, wciąż ze spuszczonym wzrokiem, nie mógł tego zobaczyć, ale ja to zobaczyłam i nie zamierzałam się na to zgadzać.
Spojrzałam na zegarek i zerwałam się z udawanym dramatyzmem.
- Och, musimy już wyjść, żeby na czas zdążyć do kościoła.
Gideon popatrzył na mnie zdziwiony a ja rzuciłam mu znaczące spojrzenie (przynajmniej dla mnie było ono znaczące), które zarejstrowała tylko lady Tilney. Na szczęście uśmiechnęła się tylko do mnie i nic nie powiedziała.
- Nie dopiłaś herbaty. - rzekła Lucy, już bez cienia gniewu.
Złapałam za kubek i jednym łykiem pochłonęłam jego zawartość.
- Może was podwieźć? Będzie szybciej. - zaproponował Paul.
Niestety, nie miałam ochoty na przejażdżkę bryczką, czy czym tam się jeździło w 1912 roku.
- Nie trzeba. - powiedział w końcu Gideon.
- Jak wolicie.
Wyszliśmy z salonu. Obawiałam się, że gdzieś może czaić się Millhouse z bronią za pasem i strzelić nam w nogi za to słodkie kłamstewko, ale nigdzie go nie było.
Gideon otworzył przede mną drzwi.
- Do widzenia. - powiedzieliśmy.
- Trzymajcie się. - uśmiechnął się Paul ze szczytu schodów.
Lucy nic nie powiedziała.
CCCCCCUUUUUUDDDDDDOOOOOO!!!!!!
OdpowiedzUsuńKiedy next??????
Oh... Już chciałabym wiedzieć co będzie dalej
OdpowiedzUsuń/Martii