Udaliśmy się do kościoła w Belgravii, gdyż było to jedyne miejsce, z którego mogliśmy się przenieść do przeszłości bez problemów. Oczywiście mogliśmy to zrobić z Kwatery Głównej, ale chcieliśmy uniknąć zbędnych rozmów ze Strażnikami i stamtąd było dosyć daleko do domu lady Tilney. Stracilibyśmy dużo czasu na drogę tam i z powrotem. Z kościoła było jakieś pięć minut drogi do domu mojej prapraprababki. Dlaczego akurat tam? Ponieważ sądziliśmy, że właśnie tam mieszkają teraz Lucy i Paul. Chociaż słowo 'teraz' nie powinno być raczej użyte w tym przypadku.
Miałam mieszane uczucia. Odczuwałam trochę tremę, jak przed występem w szkole podstawowej. Strach - przed zapomnieniem tekstu i publicznością, radość - że to już koniec prób i zaraz będzie po wszystkim. Czułam strach i zarazem radość przed spotkaniem z Lucy i Paulem. Im dłużej jechaliśmy, tym gorzej się czułam. Atmosfera w samochodzie była napięta. Nikt nie odzywał się przez prawie całą drogę co jeszcze bardziej pogarszało moje samopoczucie. Lepsza sztywna rozmowa niż grobowa cisza. Postanowiłam coś powiedzieć, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
Nagle doznałam olśnienia.
- A o zrobimy jeśli nie będzie Lucy i Paula u lady Tilney? - zapytałam.
Zebrani popatrzyli po sobie. Trafiłam w sedno. Przez pewien czas nikt się nie odzywał. Najwyraźniej nie brali tego pod uwagę. A może po prostu nie przygotowali się do odpowiedzi, bo nie myśleli, że o to zapytam?
Już miałam ponowić pytanie, gdy odezwał się doktor White.
- Prawdę mówiąc nie braliśmy tego specjalnie pod uwagę. Lady Tilney z pewnością będzie wiedzieć gdzie są.
A więc nie liczyli się z porażką. Nie dawałam za wygraną.
- A co jeśli nie będzie wiedziała gdzie są albo nie będzie chciała nam powiedzieć?
Tym razem odpowiedział Falk de Villers.
- Nie wiedzę by nie powiedzieli jej o miejscu swojego pobytu na wypadek gdybyście ich szukali. A gdyby nie chciała wam powiedzieć - zrobił krótką przerwę i już myślałam, że zaproponuje zmuszenie jej do wyjawienia tajemnicy przemocą - możecie jej opowiedzieć o tym, że wiecie, że Lucy i i Paul nie są zdrajcami.
No tak. Tyle, że ona już wiedziała, że my wiemy.
- Stracilibyśmy wówczas dużo czasy. - drążyłam temat.
- Wrócilibyście i wyruszyli tam następnego dnia. - odparł rzeczowo.
- A gdyby jednak nie chciała powiedzieć? - nie dawałam spokoju.
- To byłaby tylko i wyłącznie strata Lucy i Paula. - rzucił Falk.
Byłam w kropce. Nie miałam o co zapytać. Zresztą o co bym nie pytała oni i tak mieli na wszystko wytłumaczenie, mimo, iż się nie przygotowali.
Znowu zapadła cisza, którą przerwało moje ciche westchniecie. Chciałam westchnąć bardzo cicho ale mi się nie udało. Siedzący obok mnie Gideon, złapał mnie za rękę i uścisnął. Eh... Mógł to zrobić bardziej dyskretnie. Nie tak, żeby wszyscy zauważyli. Nie chciałam znowu wysłuchiwać porad pana Georga na temat moich uczuć.
Dotarliśmy do Belgravii. Wysiadłam z samochodu i chwiejnie stanęłam. Miałam nogi jak z waty. Ruszyłam powoli w stronę kościoła. Nie doszliśmy jeszcze do drzwi, a coś zamajaczyło obok mnie. Spojrzałam w tamtą stronę i ujrzałam nikogo innego jak Xemeriusa. Nie byłam zbytnio zdziwiona jego widokiem. Codziennie nie było go całymi godzinami. Co prawda nie podejrzewałam, że przebywał wtedy tutaj, ale łatwo mi było w to uwierzyć. W końcu to był jego dom zanim się poznaliśmy. Pewnie tęsknił za tym miejscem.
W tej samej chwili dotarło do mnie, że to wciąż był jego dom. Bywał tu o wiele częściej niż na Bourdon Place.
- Ooo... Hej. Co ty tu robisz? - zmieszał się. Pokręciłam głową z rezygnacją. Był z pięć metrów ode mnie. Jak chciał się dowiedzieć to mógł chociaż podlecieć bliżej. Przecież doskonale wiedział, że nie mogę z nim rozmawiać na głos w obecności innych. Chyba, ze ci 'inni' to Leslie albo moje rodzeństwo. Nie zwracając na niego uwagi weszłam za pozostałymi do kościoła. Chronograf już na nas czekał.
Xemerius wleciał tuż za mną.
- Wnioskując po waszych strojach i po twoim dziwnym zachowaniu... - tu przerwał bo rzuciłam mu wściekłe spojrzenie. Przesadzał, zachowywałam się tak jak zwykle. No może byłam trochę zdenerwowana ale tego nie okazywałam. - ... wybieracie się do roku 1912 lub około.
Nie reagowałam.
- Czy twoje milczenie mam uznać za potwierdzenie mojej hipotezy?
Kiwnęłam dyskretnie głową. Niemal triumfował.
- W celu napicia się herbatki i miłej pogawędki?
Wzruszyłam ramionami. To wcale nie musiała być miła rozmowa.
- Mrożącej krew w żyłach rozmowy? Nie, czekaj, wymiany zdań?
To już brzmiało lepiej. Chociaż też nie byłam do końca pewna, kiwnęłam głową.
- Przeżyjesz. A jak nie to znajdę sobie nowego człowieka. - zwykł to mówić codziennie.
- Tak, bo przecież na każdym kroku spotyka się ludzi widzących duchy. Przepraszam, demony. - prychnęłam cicho.
- Najpierw Gideon. - rzekł Falk.
- Może i nie. I na pewno nie podróżujących w czasie.
- Widzisz jaka jestem wyjątkowa! - szepnęłam, najciszej jak potrafiłam.
- Teraz ty, Gwendolyn. - powiedział Falk.
- Nie zaprzeczam! - usłyszałam jeszcze Xemeriusa, zanim przeniosłam się do przeszłości.
Kościół był pusty. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mógł być pełny ludzi. Widocznie Strażnicy zadbali, by wysłać nas w dzień kiedy rzadko kto tu zagląda. Szkoda, że nie przyszło mi to do głowy w samochodzie.
Gideon stał przede mną i uśmiechał się.
- A co gdyby kościół nie był pusty? - spytałam go.
- W tych czasach ludzie w kościołach zbierali się tylko na niedzielnych nabożeństwach i innych mszach. Dziś jest wtorek a śluby są w soboty, komunie i chrzty w niedziele.
- A jakby był jakiś pogrzeb? Albo trafił się pojedynczy człowiek?
- Istnieje coś takiego jak kroniki parafialne. Pisze tam, kto się kiedy urodził i kiedy zmarł, a także kiedy odprawiono jego pogrzeb, mszę żałobną i różaniec. Jest to ustawione chronologicznie, więc łatwo było znaleźć dzisiejszy dzień. Chodźmy. - złapał mnie za rękę. - Poza tym jestem stuprocentowo pewny, że kościół jest zamknięty na wszystkie spusty i trzeba będzie użyć twojej wsuwki do włosów.
Jedna rzecz mnie jeszcze zastanawiała- ostatnim razem, gdy uciekaliśmy przed Lucy i Paulem, wpadliśmy do tego kościoła bez używania mojej wsuwki do włosów.
- Uprzedzając twoje pytanie - mieliśmy szczęście, że akurat w tym czasie była tu kobieta porządkująca kościół.
Podeszliśmy do bocznych drzwi i Gideon nacisnął klamkę. No i znów miał absolutną rację, bo drzwi były zamknięte. Jednym ruchem wyciągnął z moich włosów wsuwkę, zanim w ogóle zdążyłam zaprotestować. Gdyby Gideon nie znalazł niczego innego to może musielibyśmy tu zostać do przeskoku w czasie i przynajmniej bym nie musiała się spotkać z Lucy i Paulem. I może nawet miałabym z tego pewne korzyści, powołując się choćby na pierwszą wizytę w 1912 roku. Ledwie się obejrzałam, a drzwi stały przed nami otworem. No cóż, najwyraźniej lekcje misteriów mogły się do czegoś przydać.
- Dobrze, że był tylko jeden zamek. Łatwo poszło. - rzekł Gideon i przepuścił mnie w drzwiach.
Miałam olbrzymią nadzieję, że tak samo pójdzie z rozmową, która nas czekała.
Wiem, że trzymam Was w cholernej niepewności przed rozmową z Lucy i Paulem. xd
I, błagam Was, znajdzie sobie jakieś nicki, żeby wiedziała kto jest kto bo za nic nie mogę Was rozróżnić (to oczywiście do anonimów :) ).
Ślicznie.
OdpowiedzUsuńDobrze, że wreszcie napisałaś.
Kiedy next?
Cieszę się, że dodałaś dalszą część. Codziennie wchodzę na twojego bloga z nadzieją, że będzie coś nowego ;)
OdpowiedzUsuńOby tak dalej!
/Martii